Codzienność z Bogiem

Sztuka wdzięczności 💜


Wdzięczność jest sztuką.
Nie przychodzi sama. Nie (zawsze) pojawia się wtedy, kiedy życie daje nam ku temu powody.. Trzeba jej się uczyć, ćwiczyć ją, czasem wręcz wypracowywać w sobie dzień po dniu.
Szczególnie wtedy, kiedy ma się za sobą doświadczenia, które mogłyby nauczyć przede wszystkim żalu..

Zauważyłam, że po naprawdę trudnych doświadczeniach ludzie dzielą się na dwie kategorie. Jedni stają się zgorzkniali. Ich cierpienie zaczyna być „soczewką”, przez którą patrzą na świat, na siebie, na Boga i innych ludzi. Coraz więcej dostrzegają tego, co złe, coraz więcej mają żalu, coraz częściej narzekają..
Ale są też tacy, którzy postanawiają, że nie pozwolą, aby to, co ich spotkało, zatruło im serce. Nie wypierają bólu. Nie udają i nie negują bólu, trudności i problemów. Po prostu nie chcą, by to wszystko ich definiowało.. nie chcą tego adorować.
Świadomie wybrałam drugą opcję..Wybieram cały czas..

Miałam trudny start. Problematyczną rodzinę, ojca alkoholika, uzależnioną siostrę od narkotyków, biedę, w której zdarzało się, że w domu nie było co jeść..Byłam w toksycznym związku z przemocowcem..Po zabiegu na jajnikach usłyszałam, że prawdopodobnie nie będę miała dzieci..
Mogłam zbudować na tym swoją tożsamość.
W sumie „przymierzałam” na siebie rolę ofiary (nie najlepsza, ale są z tego profity..)Mogłam przez całe życie patrzeć na siebie jak na tę, której zabrano bezpieczeństwo, dzieciństwo, marzenia, zdrowie, pragnienia, dobry start..
Ale Bóg zaczął mnie z tego wyprowadzać.
Duch Święty pokazał mi, że nie muszę zatrzymywać się na brakach. Nie musze też ich negować ani wypierać. Mam je nazwać, przeżyć, a potem iść dalej.
Iść z wdzięcznością!
Później przyszły komplikacje ciążowe(i tak, Bóg obdarzył mnie dziećmi, mimo, że lekarze rokowali zupełnie co innego!), trudne porody, wcześniejszy drugi poród i bardzo długie dochodzenie do siebie. Koronawirus, wojna w Ukrainie – to wszystko miało na mnie przeogromny wpływ. Nie obyło się bez depresji.
To wszystko pokazało mi moją kruchość.
Ale jeszcze bardziej pokazało mi wielkość i potęgę Boga.
(Oczywiście w parze z Łaską i potęgą Boga była kilkuletnia terapia, za którą jestem przeogromnie wdzięczna Bogu i ludziom)

I właśnie tutaj zaczyna się moja powiedziałabym bardziej świadoma wdzięczność.
Nie wdzięczność za cierpienie samo w sobie, za krzywdę czy za zło, lecz wdzięczność za to, że Bóg był i jest obecny w każdym momencie mojego życia! Ta świadomość jest bardzo ważna! Uświadamiać i dostrzegać Boga we wszystkich wydarzeniach, poruszeniach serca, ludziach i zmianach..i dziękować, oczywiście..
Za to, że mnie prowadził, kiedy nie wiedziałam, dokąd iść. Za to, że wyprowadzał mnie z miejsc, z których sama nie umiałabym wyjść. Za to, że dawał mi siłę, kiedy jej nie miałam. Za to, że dzisiaj mogę spojrzeć wstecz i powiedzieć: Boże, Ty naprawdę zawsze byłeś ze mną. Dziękuję 💜!

Dzisiaj, tak sobie myślę, że właśnie pamięć tego, co Bóg uczynił w moim życiu, niesie mnie najbardziej.. i do tego Was zachęcam- pielęgnować w sobie pamięć działania Boga!
Bo kiedy przychodzi trudny dzień, uczę się nie patrzeć wyłącznie na to, co jest przede mną. Bo to jedynie wycinek.. a pamięć pomaga mi zobaczyć idę dobra Pan Bóg wydobywał z każdej sytuacji, z każdego doświadczenia..
To zmienia perspektywę.
Bo wdzięczność nie polega na tym, że przestaję widzieć cierpienie. Wdzięczność polega na tym, że zaczynam widzieć więcej.
Widzę ranę, ale widzę też kojącą Łaskę.
Widzę to, czego nie mam, ale zaczynam dostrzegać to, czym obficie zostałam obdarowana.
Widzę swoją kruchość, ale widzę Boga, Który Jest.. jest większy od niej, od wszystkiego..

Z czasem zrozumiałam, że wdzięczność wymaga również zgody na rzeczy, których nie mogę zmienić.
Nie wszystko ode mnie zależy.
Nie cofnę przeszłości. Nie zmienię tego, co już się wydarzyło. Nie mam wpływu na decyzje innych ludzi, na choroby, kryzysy, wojny czy wiele innych rzeczy, które przychodzą do naszego życia bez pytania.
Mogę natomiast zdecydować, co zrobię z tym, co mnie spotkało.
I tutaj zaczyna się moja odpowiedzialność.
Tam, gdzie mam wpływ chcę, staram się wkładać wysiłek!
Sumiennie wypełniać swoje obowiązki stanu. Być dobrą żoną, mamą, człowiekiem. Robić to, co dzisiaj jest do zrobienia, zamiast nieustannie roztrząsać to, czego zrobić już nie mogę.
To też jest część sztuki wdzięczności.
Akceptacja nie oznacza bierności.
Wręcz przeciwnie.
Oznacza rozpoznanie granicy między tym, co jest w moich rękach, a tym, co muszę oddać Bogu. Asertywność i roztropność się kłaniają również!
I jest jeszcze jedna rzecz, której wciąż się uczę:
nie muszę wszystkiego umieć, wiedzieć i potrafić.
Nie jestem wszechwiedząca. Nie jestem wszechmocna. Nie muszę taką być.. Jakie to uwalniające i .. twórcze!
Nie muszę mieć odpowiedzi na każde pytanie. Nie muszę wszystkiego naprawiać. Nie muszę wszystkiego kontrolować.
To kolejna „sztuka” – odpuszczania i akceptacji.
I paradoksalnie właśnie wtedy pojawia się więcej miejsca na wdzięczność.
Bo kiedy przestaję walczyć o kontrolę nad wszystkim, zaczynam zauważać to, co już zostało mi dane!

I jeszcze coś, co odkryłam kilka lat temu.
Nasz umysł bardzo łatwo skupia się na tym, co trudne, zagrażające, negatywne. Naturalnie szybciej zauważamy to, co może pójść źle. Dlatego wdzięczność nie jest dla mnie tylko uczuciem. Jest ćwiczeniem. Świadomym zwracaniem wzroku ku dobru.
Pomogła mi w tym bardzo dobra książka brata Piotra Kwiatka „Sztuka życia bez narzekania”. Uporządkowała mi wiele rzeczy i jeszcze mocniej pokazała, że narzekanie może stać się sposobem patrzenia na życie.
A przecież można ćwiczyć coś zupełnie przeciwnego – wdzięczność.

Pomagają mi też świadectwa innych ludzi. Szczególnie tych, którzy mają za sobą wyboistą drogę, ale nie opowiadają jej wyłącznie przez pryzmat swoich ran. Pokazują, jak idą dalej – w obecności i świetle Jezusa.
Ich historie przypominają mi, że można wiele przejść i nie zgorzknieć.
Można cierpieć i nadal szukać dobra.
Można mieć trudną historię i nie uczynić z niej swojej tożsamości.
Bo w centrum świadectwa nie jestem ja i moje cierpienie.
W centrum jest Jezus i Jego działanie w moim życiu.
I chyba właśnie dlatego wdzięczność jest dla mnie drogą.
Nie jednorazową decyzją.
Drogą, na której bardzo pomaga mi życie Słowem Bożym, Sakramentami, modlitwą (szczególnie Adoracja) i trzymanie się Boga zawsze..także wtedy, kiedy Go nie rozumiem..
To wszystko powoli uwrażliwia serce.
Uczy mnie zauważać Łaskę tam, gdzie wcześniej widziałam tylko zbyt wymagającą, wręcz przytłaczającą codzienność.
I coraz bardziej widzę, że wdzięczność jest jak latarnia na ciemnych ścieżkach życia.
Nie rozświetla całej drogi.
Nie sprawia, że znika ból.
Po prostu daje światło na kolejny krok.

To jest dla mnie „sztuka wdzięczności”, której wciąż się uczę..
A pragnienie i budowanie zażyłej relacji z Jezusem koi i usensawnia..

„Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest PAN: Błogosławiony człowiek, który mu ufa.” Ps 34.8

Zostaw komentarz