
Zauważyłam ciekawą i zarazem paradoksalną rzecz- nam bardzo łatwo przychodzi ocenianie, wydawanie osądów, wręcz wyroków..ale wcale nie tak łatwo mieć rzeczywiście otwarte serce na bliźniego z jego autentyczną historią, na to, by przyjąć, pokochać, wesprzeć.. nie po swojemu, lecz..
No właśnie jak?
Rozmawiałam z koleżanką, która choruje na depresję..
Nie łatwo jest towarzyszyć osobie w takim stanie..
I tak sobie pomyślałam.. po raz kolejny.. że sami z siebie i tak nic nie jesteśmy w stanie dać.. każde nasze dobre poruszenie serca i tak jest inspirowane Duchem Świętym, a każdy osąd, brak otwartości pochodzi od złego, który jest wrogiem miłości..
Więc najlepsze, co możemy zrobić, to po prostu się modlić i być dyspozycyjnym..nie narzucać się, ale też nie unikać..
Bez rad, bez zbędnych słów..
Z roztropnością..
Być w cichości
Ale nie być biernym
Działać, ale nie narzucać się
Stwarzać przestrzeń, a nie budować murów..
I nigdy nie myśleć, że się wie najlepiej, że na wszystkim się zna..bo pycha pochłania wszelkie światło i dobro w nas złożone..
A my jesteśmy stworzeni, by świecić..czasem nieśmiało malutkim promykiem, ale świecić i ogrzewać..
