Jeden denar macierzyństwa

Jeden denar

Przyznam szczerze, że przez bardzo długi czas czytałam/słuchałam tej Ewangelii i mocno mnie raziła..niesprawiedliwość.. No bo przecież jedni prażyli się na słońcu calutki dzień i dostali tyle samo co ci, którzy zaledwo przyszli..

I tak pojmując tę Ewangelię weszłam w swoje macierzyństwo. Bardzo dobrze pamiętam, że miałam poczucie niesprawiedliwości, że 1/3 ciąży musiałam leżeć plackiem (a dla aktywnej, ambitnej kobiety, która pracuje w dobrej firmie i myśli, że jest niezastąpiona to przecież dramat!). Miałam żal o pobyt na patologii ciąży, o trudny poród, o długi pobyt w szpitalu, o złe traktowania przez część personelu i bardzo trudny start macierzyństwa..

Usypiając dziecko w jednym ręku trzymałam telefon i skrolowałam mamskie grupy. To powodowało, że się porównywałam, zazdrościłam innym, że ich dzieci pięknie śpią, jedzą.. a co już mówić o tych wszystkich zdjęciach super zdrowych i pięknych dań i ekscytacji z powodu rozszerzania diety.. A ja tego nie miałam.. 

Ja miałam ogrom frustracji, bo nie byłam w stanie docenić, ucieszyć się ze swojego denara!!

Minęło trochę czasu.. zaszłam w drugą ciążę, przeżyłam w niej jeszcze więcej trudności, jednak już nie obserwowałam i nie odwiedzałam mamskie grupy. Częściej patrzyłam na krzyż. Znowu długi pobyt w szpitalu i wcześniejszy poród, trudna regeneracja.. ale nie było już żalu. 

Jeden denar na tym etapie był dla mnie absolutnie wystarczającą zapłatą..

Ale nie tak wszystko pięknie i kolorowo.. Zaczął mnie zjadać od środka robak pod tytułem „presja idealnych Instagramów”. Czułam, że nie dorównuje. Nie mam idealnych porządków, nie mogę schudnąć.. Zauważyłam, że dobre katolickie mamy chodzą w sukienkach retro i preferują ED(edukację domową), że zawsze są opanowane, czytają określony rodzaj literatury i są mega szczęśliwe i spełnione..

Na dodatek czułam ogromną presję z boku najbliższego otoczenia, że urodziłam drugie dziecko, a to biedne pierwsze „wysyłam do placówki”..

I żeby nie było.. opisuje Wam moją rzeczywistość (na tamten moment) i moje zmagania, nie oceniam wyborów innych kobiet!

Depresja, terapia, stałe kierownictwo duchowe.. mieści się w zaledwie jednym zdaniu..ale to była cholernie trudna i długa droga..to mi pomogło..

Powoli zaczęło się rozjaśniać.. 

Dzięki Opatrzności Bożej poukładałam sobie w głowie te moje „braki” i poczucie niesprawiedliwości.

Odkryciem dla mnie było to, że każdy ma swoją drogą i mam naprawdę zaakceptować swoją i nią kroczyć. Wtedy zaczęłam ją poznawać i lubić!

W związku z tym przemyślałam sobie sprawę z ED i placówkami i wiecie co?

Mamy wybierać to, co będzie dobrem dla naszej rodziny i to, na co mamy wewnętrzną zgodę. Mamy wybierać to, na co nas stać(pod każdym względem-zasoby i możliwości )! I mamy się godzić na to, że wybierając coś jednego „tracimy” to drugie ( w moim przypadku to wybór płatnej placówki i bardzo skromne życie..)

Ja osobiście odkryłam, że jak najbardziej kocham swoje dzieci i na ile potrafię staram się ich wychowywać i kształtować szereg umiejętności. Jednak absolutnie nie czuję się na siłach i też nie chce być dla nich nauczycielką. Ja potrzebuje czasu bez dzieci, by potem być obecną i zregenerowaną. Bo to nie prawda, że trzeba być ciągle z dzieckiem. Trzeba być emocjonalnie dostępnym z dzieckiem. Jakość, nie ilość!

Wybrałam dobrą placówkę, jestem w stałym kontakcie z nauczycielami, przed i po przedszkolu staramy się być blisko, rozmawiać, bawić się, czytać, a przede wszystkim słuchać, słyszeć i dostrzegać!

Można naprawdę się zapędzić z tym wszystkim, jeśli nie zadać sobie kluczowych pytań:

Chce przeżyć swoje życie czy ciągle podążać za czymś, co nie jest moje?

Jaki jest cel mojego macierzyństwa?

Do czego wychowuje swoje dzieci?

Jakie cechy i cnoty w nich zasiewam i pielęgnuje?

Czy doceniam to co mam?

To naprawdę nie jest łatwe i proste.. Jednak bardzo uwalniające i umożliwiające dostrzec wystarczalność i bogactwo tego jednego swojego denara!

Jeśli podoba Ci się moja twórczość: