
Miałam wczoraj dość trudną rozmowę.
Osoba, która kiedyś była mi bliska powiedziała mi, że już ostatecznie jest ateistą. I nie pozostała na tym. Zaczęła wyśmiewać chrześcijan i prowokować mnie na dyskusję, a raczej na kłótnie.
Oczekiwała mojej reakcji na zarzuty, że chrześcijanie to w sumie nie za mądrzy ludzie, którzy nie potrafią samodzielnie myśleć i potrzebują Boga, by Nim się zasłaniać, by mieć jakiś autorytet, wymówkę..
A ja powiedziałam, że nie żyje po to, by ją (tę osobę) przekonywać, nawracać czy coś udowadniać. Ja poznałam Żywego Boga i mam z Nim relację! (I nie, nie chodzi o egoizm, że obchodzi mnie tylko moje zbawienie, chodzi o świadomość tego, że nie ja zbawiam i nawracam.)
Nie traktuje Boga, jako kelnera – prosząc dać, zrobić, zrealizować, bo przecież się modlę.
Nie traktuje Boga, jako encyklopedię – dał mi wolną wolę, jak i przykazania i Słowo – co i jak wybieram, jak z tego korzystam to już moja osobista sprawa (mojego sumienia, duchowości, spójności, dyspozycji serca) i, oczywiście, mojej relacji z Bogiem. Relacji, gdzie jest miłość, zaufanie, wierność, prawda i nadzieja..
Człowiek się myli. Człowiek błądzi. Bóg – nigdy. Ja tego doświadczam i nie muszę tego udowadniać.
Uczę się właśnie w takich sytuacjach wolności. Wolności tego, że mimo, że odkryłam Dobro i chce Nim „poczęstować”, to że ta druga osoba może to odrzucić. Wolności, by skończyć to, co mi nie służy!
Powiedziałam, że nie będę właśnie dyskutować i udowadniać, ale też nie będę słuchać tych zarzutów, nie będę się zgadzać na wyśmiewanie moich wartości, mojego Boga! Skończyłam rozmowę (telefoniczną).
.
.
Starszy Synek był świadkiem tej rozmowy (byłam tego absolutnie świadoma).
-Mamusiu, a kto to jest ateista?
-To człowiek, który w pewnym momencie swojego życia stwierdził, że Boga nie ma, że Go odrzuca, wypiera i nie pokłada w Nim swojej nadziei.
-To bardzo smutne.
-Tak, bardzo smutne.
-Ale możemy za niego się modlić!
-Tak, Kochanie, właśnie to możemy i będziemy robić. A Bóg soebie poradzi z tym.
-A czy ateista może przestać być ateistą?Może uwierzyć w Boga?
-Tak, może. Bóg czeka cały czas, nie narzuca się i kiedy człowiek będzie chciał wrócić, to może to zrobić w każdej chwili.
-Jak syn marnotrawny w Biblii?
-Dokładnie tak!
.
.
To jest fragment..rozmowy, myśli, rzeczywistości..ale też konfrontacji z tym, co nas otacza, jakie rozmowy rozmawiamy, jakie decyzje podejmujemy..(a dziecko wiadomo, patrzy, pyta, myśli, chłonie.)i jakie emocje i konkretne postanowienia w związku z tym podejmujemy!
Teoretyzować o Bogu mając postawę małego dziecka, które nie dostało kolejnej zabawki(czyt. czuję się zranione i nie usatysfakcjonowane. Tak, byłam w tym miejscu i wiem, że nie łatwo z niego się wydostać..).
Twierdzić, że się odchodzi od kościoła, bo ktoś z „ludzi kościoła” coś wyczynił, więc jestem przez to oburzony/zniesmaczony/przerażony/obrażony. (Tak, niejednokrotnie na własnej skórze doświadczyłam też i tego.. )
Oczekiwać, wymagać, krytykować Boga zamiast..Go poznać.
A to jest wymagające, bardzo wymagające praktyczne zajęcie, które nazywa się życie z Bogiem. Nie z własnymi uprzedzeniami, przekonaniami i stereotypami. To walka. Z tym, co wydaje się, a tym, co jest. Z tym, co chcę, a co potrzebne. Z tym, co jest prawdą, a tym, co jest jedynie „zapychaczem”..
Nie spotkałam jeszcze w swoim życiu żadnej osoby która by odrzuciła Boga po tym, jak Go poznała i przyjęła z pokorą i ufnością Jego naukę:
„Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.’ Łukasza 5, 13-15
Świećmy i sólmy. Mądrze, roztropnie, tak, jak to jest możliwe i potrzebne w tym miejscu, gdzie jesteśmy!

Dodaj komentarz