
Jechałam wczoraj boltem. W głowie układałam plan optymalizacji i maksymalnej produktywności..i usłyszałam piosenkę. Ukraińską o ukraińskim morzu.
Coś w sercu ścisnęło. Ciarki, błogość, tęsknota, nostalgia, smutek, ból..a po chwili ukojenie..
Bóg nie stwarza wojen- wojny toczą ludzie z różnych powodów (nie będę teraz bawić się w wielkiego polityka, bo nim nie jestem i nie mam zamiaru być).
Bóg nie dowala człowiekowi – Bóg daje wolną wolę.
I właśnie co z nią zrobimy?
Ponad dziesięć lat temu przyjechałam do Polski.
Bardzo długo starałam się udowodnić, pokazać, uzmysłowić ludziom (a raczej sobie), że jestem dobra, fajna, wystarczająca..
A dziś czuję, że jednak..że już nie o to w tym wszystkim chodzi.., że już wybieram inaczej, że jestem inna i w zupełnie innym miejscu..Bo życie z Bogiem przeminia, uzmysławia tęsknoty, które przestają boleć, które teraz mają zapach zaufania i pokory..A to też wyzwala..
Bo chodzi o wolność. O namacalną wolność daną od Boga!
Wolność tęsknić za Ukrainą, chcieć tam pojechać, pobyć, pochodzić, napatrzyć się..a jednocześnie bardzo lubić Polskę i być tutaj nie „jak u siebie”, a u siebie ( mimo, że niemal na każdej rozmowie o pracę i nie tylko pada pytanie: ” a Pani tutaj na stałe? Ma Pani dokumenty?”. Nie udowadniać, nie zabiegać, nie wyłudzać miłość, uznanie, szacunek. Mam to „z Gory” i mam to za darmo, na zawsze, co by się nie działo..
Na nowo to sobie uzmysłowiłam w tym bolcie..
A chwilę przed tym boltem właśnie byłam na rozmowie z takim pytaniem. Szczerze – boli mnie to, denerwuję i czuję w sobie wewnętrzny sprzeciw co do takiego myślenia i postrzegania człowieka..
Takie wiecie, na pierwszy rzut oka sprzeczności, a tak naprawdę świat kontra Bóg.
Wrócę na chwilę do wzruszenia podczas słuchania tej piosenki, które dużo mi pokazało. Myślałam z że już nie zmieszczę więcej, że i tak jest dużo wszystkiego..a tu takie głębiny, takie refleksję i jeszcze większe przylgnięcie do Boga i wdzięczność za możliwość czuć, doświadczać, pragnąc, tęsknić i nie być zgorzkniałą! Bo nie było pretensji, lecz nadzieja..Przypadek?
Uświadomiłam sobie, że jestem fajna. Taka, jaka jestem. Z zaletami i wadami, z tym, że potrafię dogłębnie się wzruszyć i wyruszyć w podróż po tym wzruszeniu, jak i to, że czasem coś mi nie wyjdzie, wkurzę się i nie poradzę sobie. Nie muszę komuś coś udowadniać, nie muszę być lubiana i zrozumiana nawet..
Uświadomiłam, że nie jestem robotem, czuję, przeżywam, mieszczę w sobie znacznie więcej..i że nie wymagam, nie oczekuję od życia zbyt wiele..
Czekam na koniec wojny ( to stała intencja u mojego pięciolatka od dłuższego czasu) i spokojny spacer. Czekam, aż będę mogła spokojnie i bezpiecznie zabrać dzieci (z początkiem wojny podjęliśmy z Mężem decyzję z że nie będziemy się narażać na niebezpieczeństwo związane z wojną i nie jedziemy tam do końca wojny), by pokazać, gdzie chodziłam do przedszkola, po jakich ulicach sypałam kwiatki na Boże Ciało i w którym sklepie najsmaczniejsza chałwa..
Tęsknoty zawsze nas dokądś prowadzą, czegoś uczą i pokazują prawdę o sobie..
Nadzieja natomiast daje siły i otuchy, by nie podupadać na duchu ( a nawet jeśli, to pomaga się podnieść i iść dalej).
Pamięć natomiast pokazuję, co, kto i w jakim stopniu jest w naszym sercu pielęgnowane..
I nie ważne, czy jesteś blisko czy daleko od kogoś z od czegoś, ważne, by być zawsze blisko Boga, a On się zatroszczy i zrobi to w najlepszy sposób:
„Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.
Psalmów 91[90],10–12

Dodaj komentarz